
Osoba autorska:
Tess Sharpe
Poziom queerowości:



Opis:
Penny i Tate zawsze miały trochę na pieńku. Z kolei ich matki są najlepszymi przyjaciółkami. Kiedy matka Penny decyduje się zostać dawczynią wątroby dla mamy Tate, relacja córek przechodzi w kolejną fazę.
Penny i Tate zawierają pakt: będą grać do jednej bramki. Postarają się nie tworzyć dram i wspierać matki w tym trudnym czasie. To wszystko prowadzi do jednego. Do tego, że dziewczyny prawie się całują. A potem znowu. I jeszcze raz… prawie.
I za każdym razem ignorują ten „prawie” pocałunek. Każdy z kolejnych sześciu.
Sześć zabawnych faktów o Penny i Tate:
1. Znają się od zawsze.
2. Ich mamy się przyjaźnią
3. Penny i Tate zdecydowanie nie przyjaźnią się.
4. A jednak wciąż prawie się całują.
5. Nie rozmawiają o tym.
6. Z powodu mam wkrótce zamieszkają razem.
Ale kiedy prawie zamienia się w mam na sobie twój błyszczyk, Penny i Tate nie pozostaje nic innego, jak tylko zmierzyć się z rzeczywistością.
Zaskakująca i świetna!
Mamy Penny i Tate przechodzą przez proces transplantacji wątroby, ratujący życie jednej z nich. Dziewczyny przygotowują się do wspólnego zamieszkania, aby zaoszczędzić nieco kosztów. Jest jednak jeden problem. Dotychczas unikały się jak ognia, ponieważ gdy tylko się do siebie zbliżają, tworzy się między nimi elektryzujące napięcie, a od pocałunku dzieli je tylko krok…
Ta książka była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałam się lekkiego przerywnika ze średniej półki, a odkryłam poruszającą historię relacji opartej na trosce, tęsknocie i fascynacji. Nie spodziewałam się też, że fabuła oparta na „prawie-pocałunkach” może być ciekawa. W końcu może się wydawać, że przecież „nie dzieje się!”. Nic bardziej mylnego – czytając „Six…” można się przekonać, jak wiele napięcia buduje niezrealizowana miłość.
Kolejny szok to sam początek, który czyta się… naprawdę źle. Pierwsze strony sprawiły, że łapałam się za głowe – zdania nie miały sensu, logicznego kontekstu, a czasem nawet składu. Czytelnik jest wrzucony w sytuację, której nie rozumie, co daje poczucie wybrakowania. Zastanawiałam się nawet, czy to wina tłumaczenia, czy naprawdę kiepskiego warsztatu autorki. Ta kwestia jednak bardzo szybko znika i nie ma po niej śladu. Zachęcam więc do wytrwałości.
A naprawdę warto – ja jestem tą młodzieżówką oczarowana. Leniwy klimat przynosi na myśl wybitne „Life is strange”. Relacja Penny i Tate jest wciągająca, czemu przyczynia się eskalujące napięcie zaprzeczanego uczucia.
Ciekawym tłem fabularnym jest relacja matek – zupełnie zlana, dziwna, oderwana od rzeczywistości. Niemal niezdrowa, a jednak spajająca obie rodziny i utrzymująca je w pionie. Głębia i „brud” wyciągnięty z nieporadnego rodzicielstwa to kolejne zaskoczenie „Six…”, przez które warto się w lekturę zanurzyć.
Bardzo polecam nie tylko dla czytelników YA: książka poruszająca, dojrzała i nieszczędząca bólu. Wracam do niej myślami nawet po zakończeniu.
~ recenzja oryginalnie opublikowana na Instagramie
